Nowy system sprzedaży drewna poniósł klęskę

Nowy system sprzedaży drewna poniósł klęskę

Procedura sprzedaży otwartej drewna na 2019 r., zakończona
2 listopada, a obejmująca 30 proc. drewna z puli dla przedsiębiorców, dała absurdalne wyniki. Jej obłożenie wyniosło przeszło
290 mln m3, czyli 2 900 proc.! Złożono 220 tys. ofert, podczas
gdy na etapie sprzedaży ograniczonej było ich prawie pięć
razy mniej, bo niecałe 45 tys. Szczególnie absurdalna sytuacja dotyczy poszukiwanego drewna dębowego WO – tu obłożenie osiągnęło ok. 19 000 proc.

Przebieg dotychczasowej sprzedaży drewna na 2019 r. podsumować można w kilku słowach: absurdy i chaos, jakiego jeszcze nigdy nie było. Przynajmniej tak ja to widzę, z perspektywy 40 lat pracy w branży drzewnej.
Ale konkretnie: bitwa była nieunikniona, skoro LP zmniejszyły na 2019 r. dostawy drewna o jakieś 3 mln m3, i to w sytuacji, gdy ssanie na rynku zaczęło znów rosnąć, podkręcane oczywiście przez nowe, ogromne instalacje do przerobu drewna (np. inwestycje firm Egger i Forte w fabryki płyt w Biskupcu i Suwałkach, Kronospanu w tartak w Rytlu, Steico w dalszą rozbudowę mocy zakładu w Czarnej Wodzie itp.). Dodajmy do tego niedawno wybudowane i wciąż szukające większych dostaw zakłady Stelmetu w Grudziądzu, zakłady Ikei w Stalowej Woli, Wielbarku, Orli. Dodajmy jeszcze falę mniejszych, ale bardzo licznych inwestycji firm, głównie tartacznych i paletowych, zainicjowaną przez same LP, które kilka lat stosowały preferencje dla inwestorów w postaci puli drewna inwestycyjnego – skorzystały z nich zresztą również wyżej wymienione i niewymienione wielkie firmy. Tu szacunki oparte o dane LP mówią o ok. 20 mln niewykorzystanego potencjału przetwórczego działającego w kraju przemysłu drzewnego. Nie zapominajmy też, że ok. 2 mln m3 drewna okrągłego wyjeżdża z kraju, a dotąd równoważący to jego import z tradycyjnych wschodnich kierunków, czyli głównie z Białorusi i Ukrainy, został radykalnie ograniczony. Była stamtąd przywożona głównie papierówka, a to oznacza, że najwięksi dotychczasowi importerzy, a więc zakłady celulozowe też muszą szukać tego drewna w kraju. To są dobrze znane i nam, i leśnikom fakty.

O takim surowcu polscy tartacznicy mogą obecnie co najwyżej pomarzyć…
fot. K. Orlikowska

Trafiło 70 proc. zamiast wnioskowanych 90 proc.
I to dlatego wszyscy praktycznie przedstawiciele organizacji zrzeszających przetwórców drewna, podczas negocjacji prowadzonych pod skrzydłami LP (czyli Zespołu celowego powołanego przy dyrektorze generalnym LP), domagali się, aby system sprzedaży w pierwszej kolejności zabezpieczył stałe (niezawyżone!) potrzeby tradycyjnych odbiorców. To było zadanie pierwszego etapu sprzedaży, czyli procedury ograniczonej, przeznaczonej dla odbiorców mających tzw. historię zakupów. I ustaliliśmy tam wraz z przedstawicielami LP, że do tej procedury – aby spełniony był jej cel, czyli stabilizacja pracy przemysłu drzewnego – musi trafić 90 proc. drewna, przeznaczonego dla tego przemysłu. A trafiło tylko 70 proc., bo tak w ostatniej chwili zadecydował jednostronnie dyrektor generalny LP. Podobno wpłynęła na to opinia UOKiK, że wolny rynek musi objąć aż 30 proc. całej sprzedaży. Problem w tym, że po pierwsze – nikt tej opinii nie widział, po drugie – jeszcze rok temu UOKiK nie miał nic przeciw temu, aby w procedurze ograniczonej sprzedawać 95 proc. drewna (resztę przejęła wspomniana wyżej pula inwestycyjna), a po trzecie – jest to sprzeczne z dobrze znanym Lasom Państwowym stanowiskiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości mówiącym, że na rynku deficytowego towaru, zdominowanym przez jednego dostawcę, ma on obowiązek w pierwszym rzędzie zabezpieczyć stałe potrzeby tradycyjnych odbiorców. Oni bowiem nie mają wyboru – muszą zdobyć ten towar, aby przetrwać, ale wybór mają nowi gracze – którzy nie muszą koniecznie wciskać się na zajęty już rynek.
Ta zmiana uzgodnionych już proporcji z 90/10 proc. na 70/30 proc. jest najpoważniejszą przyczyną obecnego kryzysu, choć lista zerwanych przez LP, a wcześniej uzgodnionych warunków jest dłuższa. Dodajmy do tego fakt, że w ramach pierwszego etapu (sprzedaż ograniczona) z pewnością wiele drewna przejęły te firmy, które sobie „napompowały” sztucznie historię zakupów przez zakupy drewna poklęskowego, po huraganie z 2017 r. Na pewno było wśród nich wielu handlarzy, którzy to drewno wtedy eksportowali, a teraz, gdy tamtego zabrakło, zaczną wywozić to normalnie pozyskiwane.

Nieograniczony dostęp do udziału w zakupach
Efekt jest taki, że choć sprzedano 99 proc. z wystawionych wówczas 24 mln m3, to szereg firm nie kupiło nawet 90 proc. tego, do czego uprawniała ich posiadana historia zakupów. To kolejny czynnik, który zwiększył ciśnienie podczas etapu sprzedaży otwartej, bo przecież te braki każdy chciał uzupełnić. Zresztą jest oczywiste, że nawet gdyby tych braków nie było, to bez 30 proc. normalnych dostaw nikt nie przetrwa roku. Musi więc stanąć do przetargu i powalczyć o zakupy z pozostałej jeszcze puli. Problem w tym, że ok. 10 mln m3 deficytowego towaru wystawionego do sprzedaży skusiło wielu, a dostęp do udziału w tych zakupach był praktycznie nieograniczony. Istniał tylko próg w postaci 30 tys. zł kaucji, pozwalającej na złożenie nieograniczonej ilości ofert w dowolnym – każdym nadleśnictwie w kraju, każdorazowo na wszystko, co nadleśnictwa wystawiły do sprzedaży. Tylko dla najmniejszych firm była to przeszkoda nie do pokonania.
Do zakupów ruszyli wszyscy – ci, którzy po prostu musieli uzyskać normalny poziom zaopatrzenia w drewno, a obok nich starzy i nowi inwestorzy, którzy chcieli wreszcie zwiększyć zakupy, handlarze – i ci starzy, i nowe firmy łapiące okazję. W tej sytuacji było oczywiste, że ilość drewna, które uda się zakupić, jest wprost proporcjonalna do ilości obłożonych ofertami nadleśnictw. Już w pierwszym dniu sprzedaży suma ofert zakupu wyniosła więc przeszło 500 proc. oferty LP. Ale im ich było więcej, tym większe były redukcje przypisanej masy drewna. Trzeba więc było to kompensować przez składanie ofert następnych, w kolejnych, coraz dalszych nadleśnictwach. To z pewnością preferowało dużych odbiorców, których promień zakupów i tak był wielki.
W najlepszej (teoretycznie) sytuacji były koncerny działające w grupach kapitałowych, którym LP przyznały prawo do dowolnego wymieniania się kupionym drewnem – oni mogli pokryć ofertami zakupu setki nadleśnictw i zwozić z nich drewno pociągami, co i tak przecież codziennie robią. Mniejsi zastosowali więc inny chwyt – składali oferty lokalnie, ale wielokrotnie w tych samych nadleśnictwach, wykorzystując inne firmy, czy to zaprzyjaźnione, czy też specjalnie założone. Zresztą duzi gracze w większości też tak robili. Ci, którzy poszli na całość, wykorzystując obie opcje – zapewne są dość zadowoleni. Mają dość drewna, tylko rozproszonego lub zakupionego pod innym szyldem. Ci, którzy z różnych powodów tego nie zrobili, są przegrani, mają braki w zagwarantowanym zaopatrzeniu i nie widzą, czy i jak uda się te dziury załatać w ciągu roku.

Braki u małych, jak i największych firm
Co ciekawe, braki zanotowały i małe zakłady, i wielu (ale tylko część) największych klientów LP. W tym ostatnim wypadku dotyczy to papierówki S2a, która przecież tartaków za bardzo nie interesuje. To intrygujące – czemu te olbrzymy nie zdołały wykorzystać w pełni efektu swej skali? Przecież omawiany system sprzedaży był uszyty na ich miarę. Może zaskoczył ich rozwój sytuacji i raptowny wzrost konkurencji na rynku, który dotąd mieli świetnie opanowany? Zanim się opamiętali, a ich centrale podjęły decyzje o radykalnym zwiększeniu ilości ofert (na co mniejsze firmy nie traciły w ogóle czasu), było już po przetargu. Handlarze zacierają ręce – zrobią złoty interes, bo firmy drzewne właśnie od nich będą musiały kupić brakujące drewno, nawet zgrzytając zębami.

Obłożenie oferty wyniosło 2 900 proc.!
Efekt jest taki, że obłożenie całej oferty LP ze sprzedaży w procedurze otwartej, obejmującej ok. 10 mln m3, wyniosło przeszło 290 mln m3 – 2 900 proc.! Złożono 220 tys. ofert, podczas gdy na etapie sprzedaży ograniczonej było ich prawie pięć razy mniej, bo niecałe 45 tys. Szczególnie absurdalna sytuacja dotyczy poszukiwanego drewna dębowego WO – tu obłożenie osiągnęło ok. 19 000 proc., a większość kupujących z konieczności w dziesiątkach nadleśnictw otrzymała w każdym z nich przypis drewna w ilości zaledwie po kilka m3 albo wcale – bo redukcje ofert były tak znaczne, że przypis drewna w ogóle nie nastąpił. W pierwszej z dogrywek sytuacja jest taka sama – złożono oferty na 3 mln m3 łącznie, choć do sprzedaży było tylko 270 tys. m3 drewna.

Czy na tym polega racjonalny system sprzedaży drewna?
I co z tym teraz zrobić? LP prawdopodobnie umyją ręce, ogłoszą, że system sprzedaży jest taki, jakiego chciał sam przemysł, a nie LP (co byłoby oczywistym kłamstwem) i oskarżą przedsiębiorców o nieracjonalne zachowania, a może nawet o nieuczciwość. I na pewno, jak zwykle, znajdą w przemyśle paru klakierów, którzy będą im wtórować.
Jest jednak jasne, że ten system sprzedaży poniósł klęskę. Nic tu nie zmienia fakt, że są podmioty, którym udało się zrealizować swe zakupy – bo niektórym opisane warunki dziwnie sprzyjały, a części dzięki temu, że Polak „potrafi”, a zwłaszcza Polak przećwiczony przez absurdy czasów komuny.
Pojawia się też naturalna refleksja: co to wszystko ma wspólnego z racjonalnym systemem sprzedaży drewna? Czy to, co się stało, leży w interesie polskiej gospodarki? Co z zapewnieniami płynącymi i ze strony dyrektora generalnego LP, i ze strony ministerstw, że nowy system sprzedaży powstanie w porozumieniu z nami i zapewni przedsiębiorstwom spokój i stabilność dostaw drewna w ilości pozwalającej na niezakłócone prowadzenie produkcji? Jak widać, były to tylko puste słowa, a negocjacje w ramach sławnego Zespołu celowego pod auspicjami dyrektora generalnego – to była zwykła ściema i gra na czas.
Pytań zresztą nasuwa się tu więcej, a najciekawsze z nich to pytanie: kto stoi za uruchomieniem przez Lasy Państwowe tej absurdalnej procedury, wbrew wszelkim ustaleniom, wbrew ostrzeżeniom, opiniom? Komu miało to zapewnić korzyści i czy je osiągnął? Proszę zwrócić uwagę, że nie widać tu żadnych istotnych, a przynajmniej bezpośrednich korzyści dla samych LP. Jakie więc lobby wpłynęło na działania tej „państwowej jednostki organizacyjnej”?
Odpowiedzi pewnie nie poznamy, ale pobojowisko posprzątać trzeba. Najlepiej byłoby całą opisaną nieudaną procedurę anulować i powrócić do przyjętych przecież ustaleń mówiących, że 90 proc. drewna ma być sprzedane stałym odbiorcom, w oparciu o ich historię zakupów. Inaczej mówiąc, należałoby uruchomić kolejny etap sprzedaży ograniczonej i skierować na niego ok. dwóch trzecich drewna z puli wcześniej objętej sprzedażą otwartą. Pozostałą jedną trzecią drewna można i należy puścić na wolny rynek. I tyle, szczegóły do uzgodnienia. Dopóki procedura sprzedaży otwartej się nie zakończyła (a kończy ją dopiero druga dogrywka, 16 listopada), można ją przerwać bez skutków prawnych. Potem klamka już zapadnie.
Takie też wnioski – o anulowanie sprzedaży otwartej – skierowane zostały w dniach 5-6 listopada (czyli jeszcze we właściwym czasie) do dyrektora generalnego LP, z powiadomieniem resortów gospodarki i środowiska. Napisały je organizacje samorządu gospodarczego – Polska Izba Gospodarcza Przemysłu Drzewnego, Stowarzyszenie Producentów Płyt Drewnopochodnych, Stowarzyszenie Przemysłu Tartacznego, a szereg firm indywidualnie. Jeśli wszyscy adresaci tych wystąpień działają w interesie polskiej gospodarki, to muszą podjąć właściwe kroki. Oby je podjęli. W momencie publikacji tego tekstu będziemy to już wiedzieć.



List Sławomira Wrochny – prezydenta PIGPD do Andrzeja Koniecznego – dyrektora generalnego Lasów Państwowych (do wiadomości Jadwigi Emilewicz – minister przedsiębiorczości i technologii oraz Henryka Kowalczyka – ministra środowiska)
Poznań, 5.11.2018 r.

W związku z niemożliwymi do zaakceptowania dotychczasowymi wynikami procedury sprzedaży otwartej realizowanej zgodnie z Zarządzeniami nr 44 i 66 z 2018 r. oraz Decyzjami nr 137 i 164 z 2018 r. Dyrektora Generalnego LP, wnosimy o natychmiastowe jej unieważnienie.
Zwracamy uwagę, iż procedura ta, w związku z planowanymi dogrywkami, nadal trwa, a więc z formalnego punktu widzenia może być przerwana bez skutków prawnych, które jednak pojawią się po jej zakończeniu. Działanie to jest niezbędne, aby zapobiec wywołanym jej wynikami katastrofalnym skutkom gospodarczym, jakie dotkną nieomal cały przemysł drzewny.
Zerwanie przez Pana ustaleń przyjętych w ramach prac Zespołu celowego ds. zasad sprzedaży drewna, w tym najważniejszego z nich – dotyczącego podziału puli drewna na części do sprzedaży ograniczonej i otwartej w proporcji 10/90 proc. (przejściowo 15/85 proc.) i wprowadzenie podziału w proporcji 30/70 proc., pozbawiło przedsiębiorstwa drzewne oczekiwanego, bezpiecznego poziomu stabilności zaopatrzenia w surowiec drzewny, jaką miała zabezpieczyć procedura sprzedaży ograniczonej.
Było oczywiste, że w tej sytuacji nikt nie mógł uniknąć przymusu zakupów z puli do sprzedaży otwartej, gdyż luki w dostawach sięgającej 30 proc. lub więcej nikt w ciągu roku nie uzupełni. Było oczywiste, że do tych zakupów na wielką skalę przystąpią firmy chcące skokowo zwiększyć zakupy, bo istnieje znaczny potencjał niewykorzystanych mocy przerobowych, stworzony przy Państwa wieloletnich zachętach i preferencjach dla zakupu drewna przez nowych inwestorów. Było też oczywiste, że do zakupów drewna w jak największych ilościach przystąpią firmy spekulujące tym towarem i eksportujące go w postaci nieprzetworzonej.
O wszystkim tym pisaliśmy już do Pana w poprzednich naszych pismach, przewidując obecną sytuację. Potwierdziła się nasza zapowiedź, iż szanse zakupu brakujących ilości drewna są wprost proporcjonalne do ilości składanych ofert. Składać je bez ograniczeń mogli wszyscy, wpłacając 30 tys. zł wadium. Rosnąca ilość ofert powodowała ich rosnące redukcje, co firmy usiłowały kompensować, składając dodatkowe oferty. Dało to efekt kuli śniegowej. Obłożenie całości oferty LP sięgnęło więc 2 700 proc., a szczególnie poszukiwanego drewna dębowego WO – 18 000 proc. To oczywisty absurd i karykatura racjonalnego systemu sprzedaży. W efekcie wiele podmiotów, zwłaszcza mniejszych, które nie mogły pozwolić sobie na kupowanie drewna w wielkich odległościach, tego drewna w wystarczającej ilości nie zakupiło. Rozbicie oferty zakupu na wiele jednostek LP spowoduje, że zakupione partie są bardzo małe i rozrzucone praktycznie po całym kraju. To zaprzeczenie idei skracania dróg dowozowych, która stała za wprowadzeniem kryterium „geografii zakupów” i narażenie firm na dodatkowe zbędne koszty.
Prawdopodobnie beneficjentami zastosowanego systemu sprzedaży będą tylko największe z koncernów (zwłaszcza działających w grupach kapitałowych, co umożliwia im wymienianie się zakupami), zdolne pokryć ofertami zakupu ogromny obszar kraju, oraz firmy spekulujące drewnem. Wszyscy inni – co najmniej 90 proc. polskiego przemysłu drzewnego na nim straci, nie mogąc zabezpieczyć swych niezbędnych, minimalnych potrzeb surowcowych.
Oczekujemy więc anulowania opisanej szkodliwej procedury i powrotu do pierwotnych ustaleń, jakie zapadły w ramach mieszanego, leśno-drzewnego Zespołu celowego, który był Pan uprzejmy powołać w celu reformy systemu sprzedaży drewna.


Bogdan Czemko
Autor jest dyrektorem Biura Polskiej
Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego.